Nauka pływania

Moje ręce i nogi poruszają się spazmatycznie starając utrzymać mnie na powierzchni w rytm serca chcącego wyrwać się z piersi. Mózg wysyła dramatyczne sygnały o braku tlenu, a płuca palą żywym ogniem. Nogi wydają się ważyć kilka razy więcej niż moje pięcioletnie ciało, a ja jestem absolutnie przerażony, bo czegokolwiek bym nie robił, opadam na dno.

Tak mogę opisać jedne z pierwszych, a na pewno pierwsze zapamiętane spotkanie z wodą na basenie sportowym. To było chyba wyjście przedszkolne, a nam kazano skakać do wody “ze słupka”. Tylko coś poszło kompletnie nie tak i gdyby nie ratownik, to pewnie bym jednak opadł na to dno i już nie wypłynął.
Ta przygoda nie sprawiła jednak, że zacząłem się bać wody. Wręcz przeciwnie, lubię i chyba zawsze lubiłem pływać. Chodziłem nawet na jakieś zajęcia i wydawało mi się, że jestem naprawdę całkiem mocny.
No uważałem, że pływać umiem.
Szybko jednak przekonałem się, że z pływaniem jest jak z jedzeniem ryżu pałeczkami. Wydaje się, że świetnie sobie radzisz, zanim nie spróbujesz robić tego na czas. A na czas zacząłem pływać gdy podjąłem decyzję o starcie w pierwszym w życiu triathlonie.
Jak się okazało na przepłynięcie dystansu 950 metrów mam 45 minut. Teraz wiem, że to całkiem dużo czasu, ale jeszcze sześć tygodni temu ledwo przepływałem 1000m w godzinę i czas ten wydawał się nieosiągalny.
Już pierwsze wyjście na basen okazało się tyle bolesne, co szokujące. Bo moje doświadczenia były prawie takie same jak te opisane wyżej. Przy próbie płynięcia kraulem krztusiłem się, nogi tonęły, a płuca wołały o więcej tlenu. Musiało to wyglądać komicznie. Dobrze, że o szóstej rano nie ma wielu osób, które byłyby świadkiem tej walki.
Kolejne kilka treningów wyglądało podobnie. Co prawda pływanie tzw. “żabką”, czyli stylem klasycznym przychodziło mi z łatwością i nawet technika tak bardzo nie leżała. Jednak gdy przechodziłem do pokonywania basenów kraulem to zaczynał się znany już dramat.
Po dwóch tygodniach wiedziałem, że muszę się zdecydować na jedną z trzech opcji:
– mogłem zrezygnować z triathlonu i pozostać przy samym bieganiu
– przepłynąć wymagane 950m w stylu klasycznym i olać to, że jest to zdecydowanie wolniejszy styl pływania i główna część mocy idzie z nóg.
– poczytać, pooglądać i popytać o prawidłową technikę kraula i doskonalić ją na treningach.
Rezygnacja nie wchodziła w grę. Z kolei płynąc żabką skazałbym się na naprawdę słaby czas, do tego osłabiłbym mocno nogi przed etapem rowerowym i biegiem.
Dlatego zdecydowałem się na dalsze męczenie z kraulem. Nie miałem wielkiej ochoty wydawać pieniędzy na trenera, poza tym nie znalazłem takiego, który by chciał poprawiać moją technikę o szóstej rano. Spędziłem więc kilka godzin czytając, oglądając filmy i podpytując się znajomych pływaków o wskazówki dotyczące poprawnego stylu pływania. Następnie chwyciłem za korek i deskę i zacząłem z mozołem ćwiczyć konkretne ruchy. Ręka-noga-noga-ręka-oddech. I tak w kółko. No chyba, że były ćwiczenia tylko na ręce albo nogi.
Nie powiem, było to mega ciężkie, ale po kolejnych kilku wyjściach na basen zacząłem widzieć postępy. Mogłem płynąć zdecydowanie więcej i oddech mi się unormował.
Tydzień temu pierwszy raz udało mi się przepłynąć 1500 metrów kraulem z minutowymi przerwami co 250metrów. Dla mnie to duży wyczyn. Jednocześnie wiem, że wiele pracy jeszcze przede mną. Szczególnie jeżeli chodzi o uzyskanie przyzwoitego czasu. Generalnie wygląda na to, że na basenie spędzę w najbliższych miesiącach dużo czasu.
A wy jakie macie doświadczenia z nauką pływania? Dobre? Złe? Lepiej uczyć się na basenie czy na otwartych wodach?  Jakieś pro-wskazówki dla #triathletetobe?