Ludzie są mili. Czasami

„Często się zdarza, że dopiero przyszłość pokazuje nam, ile coś było warte.”
Kafka nad morzem -Haruki Murakami
Dopadł mnie w okolicach Hammersmith Bridge. Nie wiem kim był i jak miał na imię. A szkoda, bo chętnie bym się z nim skontaktował i podziękował za to co zrobił.
Czasami miewam takie dni, kiedy czuję, że nie powinno wychodzić się z domu. Są dni kiedy patrzę za okno i wiem, że nadchodzący trening nie będzie fajny. Wczoraj właśnie tak było.
Od rana czułem się”rozbity”. W drodze do pracy już wiedziałem, że zimno przygna klientów i nie będzie to jedna z tych „leniwych niedziel”. Jednocześnie miałem nadzieję, że pogoda się poprawi i podczas wpisanego w mój plan treningowy biegania nie będzie tak wiało.
Te kilka godzin w firmie było takie jak się spodziewałem, dużo klientów i milion pytań o świąteczną promocję. Ale nie było tragedii, nawet chwilę wcześniej udało się wyrwać. Niemniej potrzebowałem odreagować, więc zaraz po powrocie wskoczyłem w lycrę i termoaktywną koszulkę i poszedłem zrealizować założenia sportowe mające pomóc mi jak najlepiej wystartować w biegu.
W okolicach 5 kilometra zaczęło się biec źle. Tak się złożyło, że było to na wysokości Hammersmith, tak więc skorzystałem okazji do przebiegnięcia na drugą stronę rzeki.
I właśnie wtedy mnie doszedł.
Wyglądał niepozornie. Niski, w pomarańczowej czapce z daszkiem i takiej też koszulce. Tyle udało mi się zapamiętać. Biegł w tym samym kierunku co ja, więc kulturalnie zrobiłem mu miejsce, żeby mógł mnie minąć. W końcu biegam na tyle szybko, że nie powinien mieć z tym problemu, szczególnie w momencie gdy nogi wydają się jak z ołowiu i odzywa się skurcz w lewej łydce.
Przyczepił się! Przyczepił się i nie chce odpuścić. Na złość chyba, żeby mi dokuczać i pokazać, że on, starszy o dobre 25 lat, może biec szybciej niż ja. A jak jeszcze powiedział coś o tym, że widzi jak się borykam, to szlag jasny mnie trafił. Zwyczajnie przyśpieszyłem, pomyślałem, że może nie da rady. Niestety 5 minut później nadal biegliśmy ramię w ramię, z tą różnicą, że zaczęliśmy rozmawiać. O niczym szczególnym. Ot, czy biegniemy w jakimś biegu w najbliższym czasie, jakimi trasami biegamy w okolicy i że niewybetonowane ścieżki są super. Szczególnie te w Richmond Park. Ani się obejrzeliśmy, a on odbijał w Putney High Street, a ja biegłem dalej do siebie. I o dziwo biegliśmy szybko, a na końcu to on mi podziękował za podholowanie go na trasie.
Dopiero w domu uświadomiłem sobie ważną rzecz. Mianowicie, gdyby nie on, to zwyczajnie bym się nie zmobilizował, nie zagryzł zębów i pobiegł tak, by wypełnić zmieścić się w narzuconych przez trening normach czasowych. Jest to o tyle ważne, że przecież nie musiał tego zrobić. Widząc jak bardzo się wlokę, mógł mnie zwyczajnie ominąć i biec dalej. A jednak dostosował swój bieg do mnie i bez słów zaoferował pomoc. Pomoc w postaci towarzystwa i wsparcia, którego czasem na trasie brakuje. Gdy dodam do tego fakt, że w trakcie rozmowy przyznał się do tego, że woli biegać samemu, to już w ogóle tak jakoś fajniej się robi na myśl, że rzeczywiście, chciał pomóc.
I właśnie za to bym mu podziękował gdybym miał do niego namiary. Bo nagle okazało się, że wśród całej tej szarości. Biegaczy, przechodniów i rowerzystów skupionych wyłącznie na sobie znalazła się osoba zwyczajnie miła.
Dlatego czasami, jeżeli nie robicie życiówki, lub nie biegacie interwałów zastanówcie się, czy osoba, którą macie wyprzedzać nie jest na granicy kryzysu. Może warto przez kilka minut pobiec razem i wymienić 2-3 zdania? Albo po prostu biec obok siebie. Bo cisza czasem też jest fajna.