Punktualność, wartość czasu i szacunek.

Od dłuższego czasu wydaje mi się, że ciągle na coś czekam. Czekam w kolejce do kasy samoobsługowej,  na przyjazd metra, paczkę, odpowiedź na maila. Wreszcie czekam na znajomych, którzy nie przychodzą na umówione spotkanie, na sms’a aby dowiedzieć się dlaczego ktoś się nie pojawił w ogóle. Czekam, czekam, czekam. Marnuję czas!

Żyję w świecie, w którym czas osiągnął niespotykaną wcześniej wartość. Mnogość możliwości, łatwość podróży, rozbudzona ciekawość świata i, jednocześnie, dłuższe godziny pracy powodują, że mimo wydłużenia średniej długości życia, mam paradoksalnie mniej czasu. Żeby realizować marzenia, zajmować się pasjami oraz spędzać czas z bliskimi muszę pieczołowicie organizować sobie pracę. Nauczyło mnie to szanowania czasu. Mojego oraz innych.

To pewnie dlatego drażni mnie tak bardzo lekce sobie ważenie ustalonych terminów i umawianych spotkań.  Niestety coraz częściej spotykam się z brakiem zrozumienia gdy wyrażam swoje niezadowolenie z dwudziestominutowego spóźnienia, czy też nie pojawienia się na zapowiedzianym wydarzeniu.

Zarówno moi rodzice, jak i przełożeni w harcerstwie wpoili mi żeby się nie spóźniać. Aby wywiązywać się z danego słowa i być „na czas, na miejsce, na pewno”. Przychodząc na czas dotrzymuję danego słowa oraz okazuję szacunek reszcie osób w nim biorącym. Wydawało mi się, że jest to pewna norma, jednak okazuje się, że jednak nie.

Wydawałoby się, że w dobie telefonii komórkowej, ogólnodostępnego, szybkiego internetu i synchronizacji danych pomiędzy urządzeniami bycie punktualnym powinno być łatwiejsze. Szczególnie, że jeszcze nigdy umawianie na spotkania nie było takie łatwe jak obecnie. Zaprosić na organizowane wydarzenie możemy poprzez smsa, maila, ale też tworząc stronę wydarzenia na Facebook’u, czy Google +. Dlaczego więc coraz częściej czekam na osoby, które albo się spóźniają, albo nie pojawiają wcale?

Po pierwsze media społecznościowe wpłynęły mocno na zmianę sposobu zapraszania na wydarzenia oraz potwierdzania w nich uczestnictwa. Możliwość zaproszenia znajomych na event przeze mnie organizowany stało się banalnie łatwe. Nie muszę już wysyłać niezliczonych smsów, czy też listów. Wystarczy kliknąć „zaproś wszystkich” i już. Jednak jako organizator konferencji i spotkań ze studentami nigdy nie skorzystałem z tej opcji. Dla dużej części moich znajomych takie zaproszenie byłoby spamem, zaproszeniem na coś, co kompletnie ich nie interesuje. Dlatego patrząc na ilość osób, które potwierdziły swoją obecność na danym wydarzeniu poprzez kliknięcie „będę” powinienem być w stanie określić jak dużą popularnością cieszy się dane przedsięwzięcie. W końcu gdy określam się na stronie wydarzenia, że będę w nim uczestniczył, to de facto potwierdzam swój udział w tymże. Logiczne nie? Otóż nie tak do końca.

Dla wielu osób kliknięcie „będę” jest równoznaczne z „lubię to” i „może przyjdę”. Dodatkowo osoby potwierdzające swój udział w wydarzeniach reklamowanych na portalach społecznościowych nie czuje się w żaden sposób zobowiązana do pojawieniu się na nim, a co za tym idzie powiadomienia organizatora o rezygnacji z udziału w evencie. A przecież wystarczy zmiana statusu na zaproszeniu.

O ile łatwiej jest kliknąć „będę” pojawiające się na ekranie, niż odpisać na maila czy smsa, bo o liście tradycyjnym nie śmiem nawet myśleć (odnoszę wrażenie, że jedyne zaproszenia wysyłane na papierze, to zaproszenia na ślub). O ile bardziej jest to bezrefleksyjne? Sam złapałem się na tym, że „będę” klikałem bez sprawdzania, czy mam wolny dany termin, trochę jak „lubię to”. Podobało mi się wydarzenie, chciałem  na nim być? Klikałem, a potem było mi strasznie głupio kiedy dostawałem smsy z pytaniem za ile będę. Dlatego teraz zanim się określę co do mojej obecności, sprawdzam, czy przypadkiem nie mam innych rzeczy zaplanowanych w tym terminie. Gdy, z jakiegoś powodu, nie mogę przyjść, to zmieniam status na zaproszeniu, a w przypadku znajomości z organizatorem informuję go osobiście. Okazuję mu w ten sposób szacunek jakiego oczekuję od innych.

Drugim zaobserwowanym przeze mnie zjawiskiem wpływającym na spóźnianie się jest zatracenie umiejętności realnej oceny czasu potrzebnego na wykonanie poszczególnych czynności. Poleganie na wyliczeniach GPS’a, programów mówiących ile czasu zajmie nam dojazd komunikacją miejską spowodowało, że często nie uwzględniamy problemów i utrudnień czekających nas po drodze. Wystarczy „czerwona fala” na światłach, zepsuty tramwaj, czy objazd spowodowany robotami drogowymi, aby się spóźnić.

Osobną kwestią jest chęć wykorzystania czasu pracy w stu procentach. Powoduje to umieszczanie wydarzeń w kalendarzu w zbyt małych odstępach czasowych. Bez przerw umożliwiających dojazd na kolejne spotkanie. Lista zadań, które chcemy wykonać zanim opuścimy miejsce pracy staje się coraz dłuższa. W końcu chcemy zebrać jak najwięcej wolnego czasu i wykorzystać go w dowolny sposób, bez konieczności zabierania pracy do domu.

 

Niestety, nie działa to w ten sposób. Sprawdziłem to na sobie i wiem, że w ten sposób staramy się maksymalnie „wypchać” dzień. Często na siłę dodając spotkanie, albo ważny telefon w miejscu, w którym zwyczajnie nie ma na to już czasu. Z drugiej strony nie zwracamy uwagi na fakt, że odpisanie na maile nie trwa zazwyczaj kilkunastu sekund i nie można tego zrobić między ubieraniem płaszcza i łapaniem autobusu. Szczególnie jeżeli są to emaile od klienta czy też wykładowcy.

 

Można jednak sobie z tym poradzić stosując jedną z wielu opisanych metod zarządzania czasem. Zainteresowanych odsyłam do książek Davida Allena oraz Leo Babauty oraz sprawdzenie metody Pareto.  Dzięki nim można ograniczyć prokrastynację i nauczyć się zarządzać sobą w czasie. Nie dosyć, że zyskuje się czas do wykorzystania dla, na przykład, rozwoju osobistego, to jeszcze minimalizuje szanse na spóźnienie do minimum.

 

Czas jest cenny. Szanujmy go. Zarówno gdy chodzi o siebie, jak i o innych. Tylko w ten sposób następnym razem, kiedy umówisz się z kimś na spotkanie, nie będziesz zastanawiał się ile spóźni się ta osoba. Pamiętaj, jeżeli się spóźniasz, to może się okazać, że następnym razem ktoś uzna to za normę, a ty będziesz stał i czekał. Marnował czas.