Mewy, historia i trochę kawy, czyli Hastings i praca.

         Choć człowiek niejednokrotnie narzeka na pracę, nie może się bez niej obejść.

 Antoni Kępiński

O bitwie pod Hastings usłyszałem pewnie pierwszy raz gdy otrzymałem wspaniale ilustrowaną książkę opisującą najważniejsze bitwy i wojny w historii. Niestety nie pamiętam jej nazwy, ale razem z drugą (opisującą największych przywódców) tworzyły cykl dający niejakie pojęcia o historii Europy oraz świata jako-takiego, na wojskowości się skupiwszy. Niemniej jednak, fakt zapomnienia tytułu książki nie powinien umniejszać jej wartości. W końcu nie pamiętam tytułów wielu książek i to nie tylko takich, które otrzymałem w wieku 6-7 lat. Dla tych, którzy nie czerpali radości z czytania o rycerzach, królach i innych Hunach (lub nie mieli takiej możliwości) oraz nie uważali na lekcjach historii, przypomnę zwięźle o co chodziło (bo wyjątkowo nie o kobiety tym razem).

14 października 1066 roku pod Hastings starły się wojska Wilhelma, księcia Normandii (nazwanego potem Zdobywcą) oraz Haroldem II, królem Anglii. Cała awantura dotyczyła korony po zmarłym w styczniu Edwardzie Wyznawcy, który w czasie swego panowania obiecał ją przynajmniej trzem różnym osobom. Nie zgłębiając się w system administracyjno-feudalny średniowiecznej Anglii, koronę otrzymał Harold, co nie w smak było księciu Normandii. Zebrał więc wojsko (ok. 8 tys. ludzi, w skład których wchodzili baronowie z większości Europy Zachodniej) oraz zbudował (lub pożyczył) statki, które mogły przetransportować wojska przez Kanał La Manche. Korzystając z pomyślnych wiatrów Wilhelm wylądował na brzegu angielskim pod koniec września i ruszył pod Hastings. Tam, w sumie nieoczekiwanie spotkał armię Harolda, który zaledwie trzy tygodnie wcześniej pobił swego brata, który także pretendował do tronu, wspieranego przez wikingów norweskich i orkadzkich.w
A tak już w skrócie maksymalnym: Bitwę wygrał Wilhelm. Harold zginął. W skutek bitwy i następnych trzech lat podbojów Normanowie całkowicie opanowali Wyspy oraz praktycznie wyeliminowali Anglosasów z elit rządzących.

Jeżeli jeszcze się nie znudziliście, to polecam książkę N. Daviesa Wyspy. Historia, wydaną przez ZNAK. Można też zajrzeć do Hastings 1066,  Jacka Soszyńskiego (wyd.  Bellona).

Ale dosyć historii, pora napisać, czemu w ogóle poświęciłem czas i miejsce na opisy historyczne. Ano dlatego, że wybrałem się (a raczej zostałem zabrany przez Sue i Johna) do owego Hastings. Miała być ładna pogoda ( i, o dziwo, była całkiem niezła), fish&chips (też było) i taplanie w morzu (pogoda aż tak dobra nie była). Samo miasteczko (miasto?) jest niewielkie i robi wrażenie trochę zapomnianego. Generalnie po wielkiej popularności jako destynacji wakacyjnej w latach 80′ i 90′ wygląda na to, że podupadło. Kiedyś podobno było jednym z głównych miast, do których wyjeżdżali Londyńczycy, obecnie raczej przedstawia sobą zapomniany ośrodek turystyki sanatoryjnej. Najbardziej widoczna grupa wiekowa na ulicach to 65+ i raczej to nie dziwi biorąc pod uwagę, że od Londynu dzieli je tylko 2 godziny jazdy samochodem. Podejrzewam, że większość młodych ludzi zwyczajnie uciekła w poszukiwaniu pracy, rozrywki czy też nauki (mimo, że w Hastings znajduje się jeden z campusów Uniwersytetu Brighton).
Dzień piekielnie leniwy, jedyne czego brakowało to właśnie tej historii z jaką związane jest to miasto. Żadnego muzeum nie widziałem (aczkolwiek może znajdować się w miejscowości o wiele mówiącej nazwie Battle, która znajduje się w miejscu gdzie odbyła się w/w bitwa), zamek, a raczej jego żałosne szczątki też nie wyglądały na tyle interesująco by wspinać się na klif, na którym się znajdowały. Niemniej jednak wrzucam na dole zdjęcia coby nie było, że konfabuluję. A! Po Hastings odwiedziliśmy jeszcze Bexhill (bodajże) coby się kawy dobrej napić i przejść wzdłuż morza. Zdjęcia głównie łajb oraz mew, które były wszędzie i były głośne bardzo nawet.

Nie wiem, co to miało symbolizować, ale w połączeniu z dymiącą beczką wrażenie robiło niezłe.

„Nagroda na najmniej równe ściany wędruje do….”

Jest jeszcze jedna rzecz. Ano taka, że mam pracę. Pewnie ważniejsze niż Hastings, ale jakoś tak mi się zebrało, że od historii zacząłem. Postaram się skrócić wszystko maksymalnie, bo post długi już jest i kolacja się przypala od kilkunastu minut.

Uznając, że każda praca będzie dobra jeżeli przyniesie jakiś sensowny dochód ( a także zniechęcony coraz to gorszymi rozmowami kwalifikacyjnymi, w których miałem [nie]przyjemność brać udział) wybrałem się na „open recruitment day” do fili Starbucks’a przy kortach na Wimbledonie. Niestety nie wziąłem pod uwagę (a na ogłoszeniu też nie zwrócili na to uwagi), że zaczyna się akurat turniej tenisowy, więc chętnych na kawę będzie więcej niż normalnie. Dnia otwartego nie było, a ja poszedłem do fili na Putney (gdzie widziałem ogłoszenie) zwrócić uwagę, że nie będzie aktualne przez najbliższe dwa tygodnie.
Od słowa do słowa i okazało się, że mogę mieć rozmowę rekrutacyjną od razu, bo akurat na Putney też ludzi potrzebują i menager jest w biurze. Rozmowa poszła o tyle dobrze, że była prowadzona po polsku (tak wiem, ironia) gdyż połowa zespołu to Polacy właśnie, wliczając w to menagera. O samej pracy o Starbucksie napiszę potem, ale ważne, że praca jest i można trochę się wyluzować, a nie być spiętym o to, kiedy pieniądze się skończą.

To chyba na tyle, więcej wkrótce.

  • Goha

    Starbucks mówisz…ale ja Cię tak właśnie zapamiętałam, w polówce z okrągłym logo [tylko innym 😉 ] i warstwową kawą. Powodzenia, tej!

    Miejsca na zdjęciach bardzo klimatyczne, historia natomiast iście usypiająca 😉