Niektórym, to się w dupach poprzewracało.

Sandra Borowiecka lat 24 wysyła do redakcji kilku gazet list. Opisuje w nim jak jest jej źle, że młodym ciężko i generalnie, że życie to nie bajka. Do tego przeświadczona jest o tym, że to nie dlatego, że jej umiejętności i doświadczenie jest niewystarczające, ale dlatego, że cały świat jest przeciwko niej. O dziwo, w odpowiedzi na list otrzymuje propozycję pracy za średnią krajową. Nie dosyć, ze oferta ciekawa finansowo, to jeszcze uczyniona publicznie oraz przez znaną osobę. No miód – malina. Ale jednak Sandra odrzuca ją i przyczynia się do powstawania fatalnego stereotypu młodych ludzi.

Postawa, którą przedstawiła Sandra w swoim liście (tutaj wraz z wywiadem dla wysokieobcasy.pl) jest przykładem najgorszego zachowania: chcę i mi się należy. Nie rozumiem takiego podejścia ani trochę. I przy okazji zastanawiam się w jakim świecie ona żyje? Burzy się, że nie dostaje odpowiedzi na wysłane CV i listy motywacyjne. Bije w dzwony, że książka, która napisała nie zostanie wydana.

Niedawno napisałam książkę, której żadne znane wydawnictwo nie zechciało wydać, a którą od pół roku planuje wydać jedno z tych o których świat nie słyszał, i pewnie nie usłyszy, bo nie bardzo im się śpieszy z wydaniem mojej książki (wolą wydać kilka podręczników dla debili siedzących w ławach płatnych uczelni).

Czy tak trudno zrozumieć zasady rynku? A wprost one mówią, że jeżeli mam do wyboru wydanie książki nieznanej Sandry, którą kupi może kilka(set) osób oraz podręczników na studia, na które kupców będzie dużo więcej, to wybiorę to drugie, bo więcej pieniędzy mi to przyniesie? Nawet jeżeli temat książki jest świetny i warty opublikowania, to wygra ilość zarobionych pln’ów. Prawda jest taka, że gdyby książka dobra była, to by się sprzedała, no ale widocznie jest inaczej i wydawnictwo nie chce się w to ładować.

Ale ok, jest szum. Młodzi harują za 1200 miesięcznie, nie ma jak się utrzymać i nawet kolejnych tekstów tworzyć. Wtem! Pambu modłów wysłuchał. Artur Kurasiński oferuje Sandrze pracę. Ot, średnia krajowa (3800 zł jeżeli się nie mylę), umowa o dzieło, a jak się sprawdzi, to o pracę. Oferta poważna, praca wśród interesujących osób. No moim zdaniem na start jak znalazł.

kuraśOdpowiedzią zainteresowanej był tak słaby tekst, że aż ręce opadają. No zwyczajnie żenua:

Zapożyczone od www.mojatrawa.pl

Komentarz Artura Kurasińskiego można zobaczyć na jego profilu, ale też Ida popełniła na ten temat tekst, a nawet go przepytała na okoliczność oferowanej pracy i jego podejścia do tematu. Kwestię nagłośniło natemat.pl oraz gazeta.pl i kilku(nastu) blogerów. I dobrze, bo przejawy idiotyzmu trzeba plenić.

 

Dlaczego więc mnie to tak poruszyło? Bo ostatnio dużo czytam o tym, że młodzi, którzy wyjeżdżają za granicę to nieogarnięte tępaki i sieroty losowe, co to nic, tylko narzekać umieją. Z drugiej strony czytam opinie ludzi decydujących się na wyjazd, które w dużej mierze potwierdzają tą tezę. Problem w tym, że nie stanowią oni całej społeczności ludzi między 20, a 30 rokiem życia, którzy wyjechali z Polski. Sam mieszkam w Londynie, ale nigdy nie twierdziłem, ze w Polsce nie ma dla mnie miejsca. Wręcz przeciwnie. Jednak moja historia pod względem motywów nie jest reprezentatywna.

Dla Sandry Borowieckiej i osób jej podobnych mam kilka rad:

  • Zastanówcie się dobrze, czy jesteście tak zajebiści jak wam się wydaje. Prawda może zaboli, ale łatwiej będzie odnaleźć się w rzeczywistości, gdy już ją pojmiecie.
  • Rynek pracy wygląda podobnie (czyli źle) w większości krajów europejskich. W UK również na 100 wysłanych aplikacji otrzymuje się maksymalnie 10 odpowiedzi. Do tego tylko dwie z nich zapraszają na dalszy etap rekrutacji. Takie są realia.
  • W UK nawet staże są oblegane. W ciągu ostatniego roku brałem udział w rekrutacji, gdzie byłem jednym z 300 aplikujących na staż bezpłatny. Gdy w grę wchodzą pieniądze mówimy o podwojeniu ilości konkurentów na miejsce pracy. Co więcej, w każdej z rekrutacji, w jakich brałem udział, musiałem konkurować z osobami, które miały za sobą lata doświadczeń pracy w UK. Kryzys ekonomiczny zmusza osoby, nawet z 10-letnim doświadczeniem do aplikacji na staże.
  • Jeżeli uważacie, że zarabianie 7 funtów na rękę jest super, to odejmijcie od swojej pensji minimum 350 funtów na pokój oraz 120 na komunikację (a i to, tylko jeżeli będziecie się poruszali w granicach dwóch stref komunikacyjnych). To daje 470 funtów wydatków „na czysto”. A jeszcze telefon, jedzenie, internet, rachunki…. Jasne, można żyć na minimum, ale chyba właśnie od tego uciekacie?
  • I ostatnia rzecz: nauczcie się angielskiego. Bo nawet na zmywaku się przydaje. A jak chcecie być dziennikarzem, to warto wiedzieć, że nie ma takiego zawodu jak jurnalist, jest journalist.

jurnalist

borowiecka

Jeszcze jeden jurnalist się na zrzucie ukrył.  Ale zmieniać już nie będę. Mam nadzieję, że zrozumieliście o co mi chodzi.

 

Napisałem, ulżyło mi.

Macie odmienne zdanie? A może podobne spostrzeżenia? Chętnie porozmawiam na fanpage’u majkelizm.pl. Do tego możecie go polubić i być na bieżąco z tekstami.

Pozdrawiam,

Michał