Trawienie sztuki współczesnej

Sztuka jest odtwarzaniem rzeczy, bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeżeli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać.
Autor: Władysław Tatarkiewicz
Źródło:Definicja sztuki [w:] Wstęp do historii sztuki, PWN Warszawa 1973.

 

Nigdy nie byłem fanem sztuki współczesnej. Uczucie to pogłębiło się w 2010 roku podczas wyjazdu do Paryża, gdzie odwiedziłem Centre Pompidou. Akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na wystawę elles@centrepompidou . Przesłanie wystawy przemawia do mnie i z danymi zawartymi na plakatach nie mam zamiaru się kłócić.

I tak samo założenie wystawy (czyli oddanie muzeum narodowego w ręce kobiet na czas roku), mające na celu promowanie walki z dyskryminacją nie budziłoby we mnie żadnych negatywnych odczuć. A jednak. Nie dosyć, że wykorzystane prace mi się nie podobały, to jeszcze w sporej mierze wywołały niesmak. Zwyczajnie wydaje mi się, że sztuka ma pewne granice i powinno się ją rozgraniczać z afiszowaniem własnej seksualności. A już na pewno przekonany jestem, że miejsce podpasek oraz tamponów jest w łazience, a tych zużytych w koszu na śmieci, a nie w muzeum i to w dodatku jednym z najsławniejszych na świecie.
Nie udało mi się znaleźć dokładnie tych obrazów, do których się odnoszę, ale poniższe filmy pozwolą chociaż trochę zrozumieć o czym mówię:
(Dla bardzo ciekawskich, na podanej wyżej stronie wystawy można zobaczyć klipy video, które były elementami wystawy).
Odkąd przyjechałem do Londynu, to byłem na kilku wystawach promujących sztukę współczesną. Wiem, że nasuwa się pytanie – Po co chodzę na te wystawy, jeżeli wiem, że nie przepadam za sztuką współczesną? Odpowiedź jest prosta:  każde z tych wyjść, nawet gdy nie lubię wystawianych prac, stanowi pewne doświadczenie pozwalające wyrobić mi własne zdanie. Tylko w ten sposób mogę ustosunkować się do omawianego tematu. Zwyczajnie nie wyobrażam sobie wyrobienia sobie opinii o całej współczesnej sztuce na podstawie jednej, czy dwóch wystaw.
Tak więc kilka tygodni temu wybrałem się do Tate Modern na wystawę Damiena Hirsta. Krótki opis wystawy oraz film pokazujący skrawki tego co można zobaczyć można znaleźć tutaj.  Swoją drogą sam Hirst jest niezłym ewenementem. Najbogatszy żyjący artysta na  Wyspach, mający całkowicie odjechane pomysły, a na wystawie pokazuje przekrój prac od ścian pomalowanych w różnokolorowe kropki (wczesny okres jego twórczości), przez rozciętego na pół cielaka (krowę zresztą też), po odrąbaną głowę krowy z latającymi wokół niej muchami. A przy okazji skorzystałem z okazji i tego samego dnia zobaczyłem wystawę Edvarda Muncha. Niestety jego Krzyk nie był tym razem wystawiany. W zeszłym tygodniu byliśmy z kolei z Laurą na otwarciu wystawy Korean Eye 2012 w Saatchi Gallery, która przedstawiała przekrój przez koreańską sztukę XXI wieku.
Zarówno wystawa Hirsta, jak i Korean Eye prezentowały sztukę współczesną. Różnica polegała na tym, że prezentowane prace pochodziły z całkowicie odrębnych kultur i miały zupełnie inny wydźwięk.  Obydwie wystawy jednak skłoniły mnie do zastanowienia się nad tym co współcześnie można nazwać sztuką, a co jest zwyczajną fanaberią ekscentrycznych artystów, którzy promują swoje „dzieła” poprzez wykorzystanie nazwiska i/lub nazwy galerii, w której wystawiają swoje prace. W obydwóch wystawach poszczególne eksponaty nie miały, w większości przypadków, elementu wspólnego (nie licząc serii obrazów/instalacji artystycznych tego samego wchodzących w skład tego samego cyklu). Brak jakichkolwiek zasad, które mogłyby systematyzować prezentowane dzieła.
W minionych epokach o tym, czy dzieło artysty było wartościowe decydowały z góry wyznaczone kanony, którymi trzeba było się podporządkować. Oczywiście zdarzało się, że jakiś malarz, czy rzeźbiarz wyłamywał się z tych sztywnych norm i tworzył coś zupełnie nowego. Nierzadko było to całkowicie ignorowane za jego życia i dopiero potomni doceniali kunszt jego dzieła. Jednak zastosowanie pewnych norm pozwalało na systematyzację sztuki. Przy czym w czasie jednego okresu (w jednym stylu) mogło funkcjonować kilka kanonów. Pozwalało to uniknąć monotonii w sztuce
Jedna z instalacji na wystawie Korean Eye 2012
Sztuka współczesna nie posiada kanonu. Jak powiedział w jednym z wywiadów Henryk Kiereś:
Idąc na wystawę do Tate, Saatchi w Londynie, Museum of Modern Art. (MoMa) w Nowym Jorku, czy jakiegokolwiek innego muzeum sztuki współczesnej nie wiemy czego się spodziewać. Możemy zostać oszołomieni barwami i psychodelicznymi dźwiękami lub wejść do pokoju o białych ścianach, którego jedyną ekspozycją będzie krzesło stojące na środku. No, czasami może to być kilka krzeseł.
Panuje co prawda opinia, że ” Sztuka współczesna z założenia ma burzyć spojrzenie na pewne sprawy. Sztuka musi pewne rzeczy naruszać. Po to jest i za to się jej płaci, żeby potrząsała światem współczesnym.”  Problem polega na tym, że dla mnie owo naruszanie „pewnych rzeczy” skupia się na posiadania odpowiedniego zaplecza do przepchnięcia w galerii malowidła 10×10 metrów, które przedstawia kolorowe kółka, ew. instalacji, o bliżej nieokreślonym kształcie. Co prawda przewodniki po wystawach dają niejednokrotnie kilkustronny opis danego dzieła, w którym wytłumaczone jest czym został zainspirowany artysta i jaki był cel jego pracy.
Zastanawia mnie tylko, kto teraz określa co może wchodzić w zakres sztuki? Kto ustanawia granicę pomiędzy sztuką, a zwykłym chłamem?  Na gruncie dotychczasowych doświadczeń wyrobiłem sobie opinię, że tylko ja mogę dokonać takiej oceny. Co więcej, tylko dla mnie będzie ona ważna. Co prawda odpowiedź na część moich wątpliwości mogłem znaleźć w cytowanym powyżej artykule „Kiedy kupa jest sztuką, a kiedy sztuka kupą?”. (W żadnym wypadku jednak nie utożsamiam się ani nie reprezentuje całości stanowisk tam przedstawionych!)  Jednak póki co uważam, że obecnie sztuka raczej się stacza i jej wartość wyraża się w tym jak bardzo będzie ona szokowała. Dlatego pewnie jeszcze długo będę preferował Luwr, Ermitaż czy też V&A.

 

Książka do kupienia w sklepie w Saatchi Gallery
  • Anonymous

    proponują nam dużo kiczu.
    sprzedają dużo rzeczy błahych, które są kontrowersyjne.
    Nie zgadzam się z tym, że istniały „kanony” – dzieła zostały włączone do kanonu. To one go tworzą, a czy jest on tak nobliwy? Czy rzeczywiście musi nas zachwycać Mona Lisa?
    nie musi.

    polecam; http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/2029020,96856,12732251.html